Powstańcze losy Brata Alberta

Adam Chmielowski ok. 1862, koloryzowane (albertynki.pl)

„Walczyłem o niepodległość mojej Ojczyzny (…)”. Takimi słowami młody Adam Chmielowski rozpoczął adresowany do członków Komitetu Francusko-Polskiego w Paryżu list z dnia 31 maja 1864 roku. Przebywał wtedy na emigracji we Francji jako ciężko ranny weteran powstania styczniowego. W skali całego życia Brata Alberta kilkumiesięczny epizod powstańczy mógłby wydawać się mało istotny, niemniej pozostawił on niezatarty ślad w jego pamięci. 

Wybuch powstania styczniowego zastał Adama Chmielowskiego w trakcie studiów w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach. Adam urodził się 20 sierpnia 1845 roku, więc miał już ponad siedemnaście lat. Zapewne podobnie jak inni puławscy studenci przygotowywał się do walki poprzez ćwiczenie musztry i strzelania. Gdy 22 stycznia 1963 roku rozpoczęły się działania powstańcze, Puławiacy w sile około czterystu ludzi w późnych godzinach wieczornych wyruszyli na garnizon rosyjski w Końskowoli. Ostrzeżeni jednak w porę uniknęli zasadzki i udali się w kierunku Kazimierza nad Wisłą. Entuzjazm młodzieży doskonale oddają słowa ich przywódcy, Leona Frankowskiego, dzięki korespondentowi prasowemu drukowane w całej Europie: „Kijami zdobędziecie u Moskali karabiny, karabinami armaty, a armatami Modlin i Warszawę”. Takie nastawienie pozwalało stawić czoła trudnościom partyzanckiego życia, doskwierającemu zimnu i brakom w zaopatrzeniu. A bywało naprawdę ciężko. Pewnego razu, gdy ktoś ukradł Adamowi futro, przemarznięty chłopak ratował się przed zimnem w stajni, zagrzebując się w sianie i końskim gnoju.

Gdy 8 lutego oddział Puławiaków dotarł w okolice Sandomierza, przemoczeni od deszczu ze śniegiem i wyczerpani młodzieńcy stoczyli swoją pierwszą bitwę, która zakończyła się klęską. Ponad sześćdziesięciu powstańców poległo, a ich dowódca został pojmany i powieszony. Adam z innymi kolegami zdołał się jednak wycofać i dotrzeć do stacjonującego sześćdziesiąt kilometrów dalej oddziału Mariana Langiewicza. Chmielowski został przydzielony do liczącego około dwustu żołnierzy batalionu kawalerii dowodzonej przez francuskiego oficera Franciszka Rochebrune’a. Jego podkomendni zasłynęli jako elitarny oddział dobrze wyszkolonych i uzbrojonych żołnierzy. Każdy jeździec miał lancę, pałasz i pistolet. Nazywali się żuawami śmierci, ponieważ tylko śmierć mogła ich wykluczyć z walki. Żuawi nosili czarne mundury z naszytym białym krzyżem, a na głowach czerwony fez.

Pod dowództwem Langiewicza Chmielowski miał okazję doświadczyć prawdziwie wojskowej dyscypliny, staczając regularne bitwy i potyczki z siłami zaborcy. Z tego okresu znanych jest wiele anegdot przekazanych później przez Brata Alberta. Pewnego razu Adam wraz z oddziałem wysłanym na zwiad wpadł w zasadzkę. Wyrwało się z niej tylko dwóch Polaków. Chcąc osłonić odwrót towarzysza broni, Adam stanął do nierównej walki z czterema ścigającymi ich kozakami. Mocno poranionego szablami i lancami w ostatniej chwili ocaliła odsiecz z powstańczego obozu. Tym razem to kozacy zostali zmuszeni do odwrotu.

Później 24 lutego oddział Chmielowskiego torował drogę ucieczki powstańcom okrążonym w Małogoszczy. Rozegrała się tam jedna z największych bitew powstania. Poległo w niej około trzystu Polaków.

Innym razem, na skutek jakiejś nieprzewidzianej przeszkody, Adam nie mógł dotrzeć na czas do punktu zbiórki. Ten opatrznościowy zbieg okoliczności uratował mu życie, ponieważ ci, którzy dotarli na umówione spotkanie, wpadli w ręce Moskali.

Któregoś dnia Chmielowski musiał wymienić wierzchowca. Trafiła mu się darowana kobyła, na którą zbyt duże okazało się siodło młodego powstańca. Wtedy to w okolicach Miechowa jego oddział napotkał kozaków. Gdy pięciu żołnierzy ruszyło na Adama, jego kobyła znarowiła się i nie chciała ruszyć z miejsca. Na domiar złego luźne siodło obróciło się, tak że znalazło się pod brzuchem konia. Kozacy zdążyli dopaść powstańca i dźgnąć go lancami. Od śmierci ocaliła go zdecydowana interwencja kolegi, który ruszył mu na ratunek i przegnał napastników.

Wiadomo, że Adam Chmielowski uczestniczył w krwawej bitwie pod Grochowiskami, którą powstańcy stoczyli z Moskalami 18 marca 1863 roku. Bitwa zakończyła się zwycięstwem strony polskiej, jednak straty własne były na tyle znaczące, że generał Langiewicz zdecydował się podzielić powstańców na mniejsze grupy. Chmielowski wraz z innymi towarzyszami broni postanowił przedostać się do zaboru austriackiego. Tam zostali jednak internowani i osadzeni w twierdzy w Ołomuńcu. Najpierw jednak zdążyli zacieśnić przyjaźń polsko-węgierską, pijąc do upadłego z huzarami, którzy ich eskortowali. Po krótkim pobycie w Ołomuńcu Adam z kolegą Franciszkiem Piotrowskim zorganizowali brawurową ucieczkę, która powiodła się dzięki życzliwości jednego ze strażników i lokalnego proboszcza.

Obaj uciekinierzy na początku lipca dołączyli do oddziału Zygmunta Chmieleńskiego, który operował między Częstochową a Kielcami. Adam został podoficerem w drugim pułku kawalerii. Nowy dowódca znany był z trzymania żołnierzy w ryzach. Czas między przemarszami i potyczkami wypełniony był doskonaleniem żołnierskich umiejętności powstańców. We wrześniu Chmieleński omal nie zastrzelił Adama, którego w trakcie potyczki z Moskalami niesłusznie posądził o niewykonanie rozkazu. Na szczęście rewolwer dowódcy uwiązł w pochwie, dzięki czemu młody Chmielowski zdołał wyjaśnić nieporozumienie.

Ostatnim rozdziałem powstańczej epopei Adama Chmielowskiego była bitwa pod Mełchowem stoczona 30 września 1863 roku. Dowódca kawalerii wysłał go jako gońca z pytaniem o rozkazy do Chmieleńskiego kierującego walką z pobliskiego pagórka. Rosyjskie kule przelatywały w pobliżu Adama, dziurawiąc mu odzież i czapkę. Gdy wreszcie otrzymał rozkaz i odjeżdżał już z pagórka, został ciężko ranny w wyniku trafienia odłamkami rosyjskiego granatu. Z ziemi podnieśli go towarzysze broni. Odnieśli go do leśnej chaty, gdzie pozostawili go, wycofując się z tamtej okolicy. Gospodarze sprowadzili do rannego księdza, ale świadectwa z tego okresu życia przyszłego świętego podkreślają, że młodzieniec nie modlił się ani przed bitwą, ani leżąc ranny, i nie wiadomo na pewno, czy przyjął posługę duszpasterską.

Ranny Chmielowski wpadł w ręce Moskali, a wezwany przez nich lekarz zdecydował o amputacji rannej nogi. Adam jako jeniec przebywał w szpitalu w Koniecpolu. Nie wiadomo, jak udało mu się uniknąć zesłania na Sybir. Jedna wersja mówi o ucieczce w trumnie, druga o pomocy oficerów francuskich, jednak najbardziej prawdopodobna relacja mówi o tym, że z niewoli wykupili go krewni. Dzięki ich wsparciu w maju 1864 roku dotarł do Paryża, gdzie rozpoczął się emigracyjny etap jego życia. W późniejszych latach przekazał swoim rozmówcom wiele anegdot z czasów powstania. Jednak im był starszy, tym częściej powtarzał, że był to nieprzemyślany młodzieńczy wybryk. Takie słowa mogły być owocem refleksji dojrzałego mężczyzny, a może po prostu były przejawem skromności i pokory człowieka zdolnego do prawdziwie heroicznej miłości.

Piotr Pikuła

 


Literatura: Budzyńska, Brat Albert. Biografia, Znak, Kraków 2017.