Gotowi umierać za wiarę
Męczeństwo unitów podlaskich według czasopisma “Gwiazda” z 1876
W drugiej połowie XIX wieku ziemie wschodnie dawnej Rzeczypospolitej znalazły się pod brutalną presją imperium rosyjskiego. Jednym z głównych celów władz carskich było ostateczne zlikwidowanie Kościoła unickiego (greckokatolickiego) i podporządkowanie jego wiernych Cerkwi prawosławnej. Historia unitów z Podlasia, zwłaszcza z okolic Pratulina, pokazuje jednak, że nawet bezbronni chłopi w imię wiary potrafili przeciwstawić się państwowej przemocy.
Prześladowania unitów przez carską Rosję wywołały żywą reakcję w środowisku polskiej inteligencji. Jednym z jej przejawów było poświęcanie uwagi męczeństwu ludu podlaskiego na łamach wielu czasopism wydawanych na obszarze Polski porozbiorowej. Jednym z nich był tygodnik pt. „Gwiazda” drukowany w Poznaniu pod redakcją ks. Apolinarego Tłoczyńskiego. Na łamach tego czasopisma od 27 lutego do 9 kwietnia 1876 roku w numerach od 9 do 15 ukazał się cykl siedmiu artykułów na podstawie relacji ks. Wł. J. wydanych pod wspólnym tytułem „Jeden ustęp z dziejów męczeńskich Polski”. W numerze 13 z 26 marca na stronach 197-201 został opublikowany fragment, w którym autor przekazał między innymi informacje dotyczące męczeństwa unitów z Pratulina – obecnie już beatyfikowanych. Trzeba przyznać, że w stosunku do faktów znanych z artykułów publikowanych już w 1874 roku, tekst „Gwiazdy” nie wnosi nic nowego odnośnie do przebiegu wydarzeń z nadbużańskiej wioski. Można wręcz stwierdzić, że fragment ten jest niemal dosłownym powtórzeniem tego, co opublikowano w następujących czasopismach:
„Czas”, (nr 167), sobota 25 lipca 1874.
„Kurier Poznański”, (nr 168), poniedziałek 27 lipca 1874.
„Gazeta Toruńska”, (nr 169), wtorek 28 lipca 1874.
„Dziennik Poznański”, (nr 169), wtorek 28 lipca 1874.
„Wiarus. Czasopismo dla średniego stanu polskiego”, (nr 85), wtorek 28 lipca 1874.
Choć relacja „Gwiazdy” o męczeństwie w Pratulinie nie wnosi nic nowego, to za wartościową informację należy uznać fakt, że po dwóch latach od tych krwawych wydarzeń wciąż w kręgach polskiej inteligencji interesowano się losem podlaskich unitów. W numerze 13 podkreślono, że proces niszczenia unii miał charakter stopniowy i systematyczny. Po mianowaniu biskupa chełmskiego, który faktycznie sprzyjał rosyjskiej polityce wyznaniowej, rozpoczęto usuwanie wszelkich „łacińskich” elementów z liturgii. Zakazano kontaktów z duchowieństwem rzymskokatolickim, rugowano język polski z nabożeństw, a wiernych księży usuwano, więziono lub zsyłano na Sybir. Ich miejsce zajmowali duchowni ulegli wobec władz, często otwarcie prawosławni.
Mimo narastających szykan ludność unicka przez długi czas stawiała opór. Wierni bojkotowali cerkwie obsadzone przez narzuconych duchownych, zamykali świątynie i wspólnotowo odmawiali udziału w nabożeństwach. Dopiero na początku 1874 roku władze zdecydowały się na użycie otwartej siły, uznając, że tylko terror może złamać religijną nieustępliwość chłopów.
Na Podlasie wkroczyło wojsko. Kozacy byli kwaterowani w chłopskich domach, konfiskowano żywność, niszczono dobytek, a całe wsie doprowadzano do głodu. Bicie, aresztowania i zabójstwa stały się codziennością. W Drelowie i Pratulinie padli zabici – ludzie, którzy nie chwycili za broń, lecz swoim ciałem bronili dostępu do świątyń. Zauważyć tu wypada, że liczby zabitych podane w artykule – ośmiu i osiemnastu – nie zgadzają się ze współczesnymi ustaleniami. W obu miejscowościach zabitych zostało trzynastu obrońców wiary.
Symbolem tej postawy stały się wydarzenia w Pratulinie oraz postać starca Pikuły z Derła. Był on człowiekiem powszechnie szanowanym, znanym z uczciwości i rozsądku. Władze próbowały wykorzystać jego autorytet, zmuszając go do nakłaniania sąsiadów do przyjęcia prawosławia. Przywieziony do Pratulina w asyście urzędnika carskiego, zamiast spełnić oczekiwania władz, publicznie wyznał wierność swojej wierze.
Klękając przed zgromadzonymi wiernymi i trzymając w dłoniach krzyż, Pikuła złożył przysięgę, że nie odstąpi od wiary nawet za cenę życia. Jego słowa porwały tłum – chłopi wspólnie powtarzali przysięgę, deklarując gotowość poniesienia śmierci zamiast zdrady sumienia. To była demonstracja bezsilnej w oczach państwa, ale moralnie niezłomnej wspólnoty.
Choć Pikuła został później aresztowany i spędził wiele miesięcy w więzieniu, opór unitów nie został złamany. Nie przyniosły skutku ani represje, ani propaganda, ani skrajna przemoc. Opisana historia pokazuje, że wiara nie była dla tych ludzi jedynie elementem tradycji, lecz fundamentem tożsamości, za który byli gotowi zapłacić najwyższą cenę.
Męczeństwo unitów z Podlasia, szczególnie zaś błogosławionego Wincentego Lewoniuka i XII Towarzyszy, Męczenników z Pratulina, pozostaje jednym z najważniejszych świadectw przywiązania do Kościoła w XIX-wiecznej Polsce. To opowieść o odwadze zwykłych ludzi, którzy wobec potężnego imperium nie mieli siły militarnej, lecz mieli coś trwalszego – wiarę, której nie dało się złamać nahajką ani karabinem.
Piotr Pikuła
Jeden ustęp z dziejów męczeńskich Polski
Opowiedział ks. Wł. J.
VI.
Ks. Kuziemski, kanonik lwowski obrządku unickiego, uważany był powszechnie za tajnego schizmatyka i nienawidził z głębi duszy Polaków. Były to przymioty, które go bardzo zalecały Moskwie, zdawał się być najzdolniejszym do odegrania smutnej roli Siemaszki w dyecezyi chełmskiej. Przedstawiono go Stolicy Apostolskiej na biskupstwo chełmskie. Ojciec św. udzielił swe zatwierdzenie. Niewątpliwie otrzymał Papież zkąd inąd zaręczenie, że ks. Kuziemski nie wyrzecze się wiary katolickiej i na prawosławie nie przejdzie i dla tego nie wahał się mianować go Biskupem, jakkolwiek już dla tego nie bardzo mógł mu ufać, że go Moskwa tak skwapliwie polecała.
Nie omylono się też pod pewnym względem, Biskup nie przeszedł sam do schizmy, ale pozwalał na wszystko w dyecezyi, przyjmował wszystkie rozporządzenia rządu wymierzone na zagładę Unii i polecał zastosować się do nich w dyecezyi, patrzał przez spary na gospodarstwo swego konsystorza, w którego skład wchodzili tacy niegodziwcy, jak ksks. Popiel, Liwczak, Djaczan, Krynicki, przyjmował otwartemi ramionami wszystkich zbiegów księży z dyecezyi galicyjskich i pozwalał im szerzyć po parafiach schizmę. – Niesłychane przez to wyrządził szkody.
Przyjazd Biskupa do Chełma zapowiadał pokój i pojednanie. Zaprzestano prześladowania, kozaków ze wsi pociągano, bo i pocóż używać przymusu, mówiła sobie Moskwa, kiedy Biskup spokojnie napędzi w matnią i bez gwałtu doprowadzi dyecezyą do wyparcia się wiary katolickiej. – Zaczęło się na nowo i na wielką skalę oczyszczanie obrządku z łacińskich dodatków. Zakazano wszelkich stosunków między duchowieństwem unickiem a łacińskiem. Ksiądz unicki, któryby się ważył nie tylko już Mszę św. odprawić, ale nawet znajdować się w kościele łacińskiem, narażał się na wielkie kary. Żandarmi odebrali rozkaz czuwania nad posłuszeństwem księży. – W nabożeństwach posypały się zmiany, schizmatyckie obrzędy i zwyczaje zalały jak potop Kościół unicki. Rugowano przedewszystkiem język polski z nabożeństw. Dalej rozporządził Biskup, aby na odpustach nie odprawiano tylu Mszy św. ilu jest księży, jak się to dzieje u katolików, lecz tylko jedna była Msza, jak to jest zwyczajem w kościele prawosławnym. – Że przeciw księżom opornym, to jest wiernym, używano całej surowości władzy kościelnej i całej energii władzy świeckiej, to rozumie się samo z siebie; więziono, wypędzano, wywożono na Sibir; zdrajcy tylko i odstępcy, którzy się panoszyli po parafiach i dokazywali, jak im się podobało, doznawali względów. Jednem słowem ks. Kuziemski zrobił lub dał zrobić wszystko co mógł, aby zniszczyć obrządek, organizacyą i odrębność swojego Kościoła.
Dopiero kiedy zażądano od niego samego odstępstwa, zabrakło mu tej grzesznej odwagi. Ale zamiast stanąć w obronie powierzonych mu owieczek, ratować wszystkiemi siłami dusze od zguby, wyniósł się Biskup potajemnie za granice. Był to więc nie pasterz tylko najemnik, o którym mówi Pismo św., że ucieka i pozwala wilkom szerzyć w trzodzie spustoszenie. Prosty człowiek zrobi może wszystko, do czego jest zobowiązany, jeżeli wiarę swoją i duszę zachował, ale Biskup co innego. Nie tylko za siebie, ale i za owczarnią, którą mu Bóg powierzył, jest odpowiedzialny i złożyć musi rachunek przed Bogiem. Cóż powie, jak go się Sędzia najwyższy spyta: coś zrobił z owcami ? czyś je obronił od wilka? Cóż powie, kiedy wie, że na roścież wszystkie wrota do owczarni otworzył, rozwalił wszystkie płoty, żeby wilki łatwy miały przystęp. Cóż powie, kiedy go zapytają o krew i o dusze tych ludzi? Najemnik!
Po wyjeździe Biskupa wszyscy zaczęli oczekiwać prześladowania. Ks. Popiel, nie mając żadnego od władzy duchownej pełnomocnictwa, objął zarząd dyecezyi. Dzieło zniszczenia Unii postępowało naprzód wytkniętą drogą, nieustannie, systematycznie ale cicho. Coraz nowe zmiany w rytuale i coraz tych zmian więcej. Ze strony ludności ten sam zawsze opór spokojny ale stanowczy, trzymanie się zdała od cerkwi i nabożeństw oczyszczonych; gwałtu przecież prześladowania, przymusu nie było. Taki stan trwał dwa lata do r. 1874.
Teraz z samym Nowym Rokiem wyszedł rozkaz, żeby stanowczo raz tę sprawę skończyć. W skutek tego wzięły się władze duchowne i świeckie do energicznego przeprowadzenia schizmy, do najstraszniejszego, jaki sobie tylko można wyobrazić, ucisku. Księży wiernych poczęto wywozić i wrzucać do więzień, na ich miejsce wprowadzono przewrotnych i schizmatyków. Lud nie chciał chodzić do cerkwi, ani przyjmować nowych księży. Kiedy narzuczono mu w jakiej parafii schizmatyka, zamykał kościoły i zebrawszy się w masie oświadczył proboszczowi, że kiedy jest schizmatykiem, niech się wynosi. „Nasza cerkiew, nasz dom, my ciebie znać nie chcemy, tyś nas zaprzedał”. Następnie zabierano rzeczy proboszcza, wywożono poza granicę wsi lub parafii i wyrzucano je w czystem polu.
Nastąpiło przymusowe wprowadzanie schizmatyckich duchownych. Naczelnicy powiatu przybywali na miejsce z kozakami i gwałtem otwierali drzwi kościołów i plebanii. Przy tej sposobności wydarzał się często rozlew krwi. W Drelowie zabito ośmiu ludzi, w Pratulinie ośmnastu. Straszna scena odbyła się w Kodniu. Lud leżąc krzyżem około świątyni sądził, że tym sposobem obroni ją od kozaków i proboszcza, który w asystencyi bagnetów przybył objąć kościół w posiadanie. Zniecierpliwieni Moskale wytrwałym oporem ludu przez kilka dni, gdy bicie nahajkami nic nie pomagało, przypuścili szarżę i końmi potratowali ludzi, tak że wielu było rannych, a kilku zabitych.
Lud dawał się bić i zabijać, ale nie uciekał się nigdy do odwetu, do gwałtów. W tym czasie przybył car do Warszawy. Lud unicki sądził, że car o niczem nie wie, co się dzieje w kraju, że to tylko podrzędni urzędnicy pozwalają sobie wydzierać im wiarę i dla tego wysłali deputacyą z różnych parafii gubernii siedleckiej, któraby prosiła cara o zaniechanie gwałtownego i przymusowego nawracania ich na prawosławie. Deputacyi nie przypuścili do cara żandarmi i policya. Bardziej upartych odpędziła konna żandarmerya i pobrała do cyrkułu. Natomiast obwieścił im jenerał gubernator hr. Kotzebue, że jest wolą cara, aby do swojej prawdziwej wiary prawosławnej wrócili.
Mimo to lud trwał w swoim oporze. Co go w nim utwierdziło jeszcze, to encyklika papiezka do metropolity lwowskiego ks. Sembratowicza, która doszła do każdej wsi i w każdej była czytaną.
Co było robić? Użyć ostatniego środka, do którego się Moskwa ucieka zawsze, gwałtu i bezprawia, tym więcej, że car żąda, aby lud unicki wrócił do prawosławia. Zesłano wojsko. Cztery najbardziej na wschód posunięte powiaty Podlasia, Bialski, Konstantynowski, Włocławski i Radzyński zapełniły się kozakami, których w miarę potrzeby przerzucano z miejsca na miejsce i z powiatu do powiatu, koncentrując znaczniejsze masy tam, gdzie opór był większy. W takiej wsi stawali żołnierze kwaterą u chłopów i to nie po jednemu lecz po kilku w jednym domu, a ten dom musiał żywić ich i konie. Chęć dokuczania szła na wyścigi z chęcią zniszczenia. Zabierano chłopu pszenicę wszystką, jaką miał i dawano ją koniom kozackim; zarzynano jego krowę i wołu i dawano żołnierzom. Ci jedli najlepsze tylko części, a gorsze rzucali w błoto, w wodę albo psom. Wkrótce naturalnie przyszła nędza straszna i powszechna, całe okolice zniszczone, ogłodzone jak po Tatarach, gorzej, bo tatarskie najazdy nie trwały nigdy tak długo. Nic jednak nie pomagało, nędzę, głód i ucisk wszelaki znosił lud z niesłychanem męztwem. Żadnych nie było odstępstw ani ustępstw. Żądano od chłopów przyjęcia nowych księży, chodzenia do cerkwi, lud kiedy inaczej poradzić sobie nie mógł, wynosił się tłumnie do lasów, tam przez jakiś czas koczował, ale zgodzić się nie chciał.
Okrucieństwa spełniane już w początkach roku 1874, powtórzyły się od lipca tylko coraz sroższe i liczniejsze.
Najważniejsze sceny, gdzie tak świetnie objawiło się męztwo i wytrwałość we wierze ludu polskiego, opiszemy wam czytelnicy tak jak w swoim czasie opisywały różne dzienniki, dla wyrycia ich w waszej pamięci i ku zachęcie do podobnej wytrwałości.
Naczelnik powiatu konstantynowskiego, wróciwszy do miasta Janowa z wyprawy przeciwko pratulińskim włościanom, kazał przyprowadzić do siebie jednego z włościan tej wsi, aresztowanego podczas rzezi i gwałtem domagał się od niego podpisu na przyjęcie schizmy, tudzież na to, że będzie namawiał swoich sąsiadów, aby się zgodzili z wolą rządu. Bohaterski włościanin stanowczo odmówił tego i żadne groźby ani bicia wzruszyć go nie mogły. Namiestnik powiatu, krwiożerczy Kutanin kazał wtrącić go do grobów, będących pod dawnym kościołem katedralnym w Janowie, oświadczając mu, że dopóty z tamtąd nie wyjdzie, dopóki nie da żądanego podpisu .Kiedy go prowadzono do lochów, włościanin ów odezwał się w te słowa:
– Czy myślicie, że mnie zmusicie do przyjęcia schizmy, zamykając z umarłymi? – Otóż nie, ja się tych nieboszczyków nie boję, w tych grobach spoczywają prawowierni katolicy, którzy nie tylko mi nic złego nie zrobią, ale owszem pochwalą za moją stałość w wierze.
I tak zamknięty o chlebie i wodzie włościanin ów przesiedział w grobach kościelnych trzy doby; zamknięcie to jednak nie złamało jego stałości. Nareszcie zbiry, widząc jego męztwo i nie mogąc z nim w żaden sposób sobie poradzić, uwolnili go.
We wsi Derło był bogaty kolonista, nazwiskiem Pikuła, człowiek bardzo zacny i szanowany powszechnie zarówno dla siwych włosów jak i z powodu swego zacnego charakteru, serca i zdrowego rozsądku. Kutanin chciał skorzystać z tego wpływu, jaki Pikuła posiadał pomiędzy swymi współparafianami i przerobić go na misyonarza prawosławia. Udał się więc do Derła i jął przekładać Pikule, jak źle robią włościanie, nie słuchając rządu, bo nie tylko martwią cesarza, który ich tak kocha (?), ale nadto narażają się na śmierć; że rząd jest zmuszony postępować surowo z nimi, jeżeli nie będą uległymi; żądał wlec od Pikuły, aby pojechał z nim do Pratulina i tam przedłożył włościanom, iżby nadal postępowali rozumniej. Gdy ten zgodził się na to, pojechali obydwaj do Pratulina i tam do zgromadzonych włościan Kutanin tak się odezwał:
– Przywiozłem wam tu człowieka, którego znacie i szanujecie jako rozumnego i poczciwego, on wam powie, jak macie postępować i co on powie słuchajcie!
Włościanie milcząc oczekiwali końca tej sceny, dziwiło ich to tylko, że człowiek, który całe życie słynął ze swej uczciwości, na starość pobratał się z Kutaninem. Po skończonej mowie naczelnika Pikuła wystąpił i rzekł:
– Chciałeś pan, panie naczelniku, ażebym nauczył moich sąsiadów, jak mają teraz postępować. Dobrze więc, gotów jestem spełnić pańską wolę, lecz to co im powiem, oni wiedzą już sami, bo dla nas wszystkich tylko jest jedna droga, to jest trzymać się silnie naszej świętej wiary, cokolwiekbądź się z nami stanie.
Tu starzec ukląkł i dobywszy z pod sukmany krzyżyk, który nosił na piersiach, tak mówił dalej:
– Tak panie naczelniku! ja przysięgam na moje siwe włosy, na zbawienie duszy, tak jak pragnę oglądać Boga przy skonaniu, że na krok nie odstąpię od naszej wiary i żaden z moich sąsiadów tego nie powinien zrobić. Święci męczennicy tyle za wiarę ponieśli męki, nasi bracia za nią krew przelali i my ich także naśladować będziemy.
Obecni włościanie również uklękli i z uniesieniem powtórzyli przysięgę Pikuły, wołając, że gotowi umierać za wiarę, że jej nigdy nie odstąpią i że naczelnik może ich wszystkich wystrzelać, ale nie zmusi do przyjęcia schizmy.
Wściekłość Kutanina nie miała granic, lecz będąc sam jeden wśród włościan, musiał milczeć z obawy o własną skórę, Wróciwszy zaś do Janowa, kazał aresztować Pikułę, który przesiedziawszy kilka miesięcy w więzieniu, został uwolniony wraz z innymi uwięzionymi włościanami. C. d. n.